Przejdź do treści
Strona główna » Wszystkie Aktualności » Honor Bałtyku Utopić we KRWI

Honor Bałtyku Utopić we KRWI

Scenariusz jak z filmu, mała ekipa próbująca swoich sił pomiędzy wielkimi graczami, pomimo przeciwności losu, nabiera wiatru w żagle i staje się konkretną trzecią siłą w Trójmieście. Jednak nadzieje na mocniejszą rywalizację kończą się w momencie, kiedy silniejszy rywal w celu zniszczenia rosnącej konkurencji sięga po noże i tasaki, ulica spływa krwią z rozciętych ciał, a kilku chłopaków walczy o życie.

Niektórych tematów lepiej nie ruszać, zwłaszcza jeżeli można narazić się większym i burzyć wizerunek legend, które kreowały polską scenę kibicowską. Takim tematem jest ekipa Bałtyku Gdynia. Zawsze w cieniu potężnej i honorowej Arki, która to między innymi z inicjatywy ś.p. „Rybaka” zawiązała wspólnie z „Kolejorzem” 31 stycznia 1999 „Układ Poznański” (nie mylić z ogólnopolskim „Paktem” z 2004 roku), obejmujący kilkanaście ekip oraz dotyczący między innymi nieużywania sprzętu i umawiania się na walki. Tym bardziej zaskakujące są wydarzenia z 27 września 2003 roku, które są tytułowym wydarzeniem tego artykułu „utopić we krwi”, bo tak można nazwać to, do czego doszło podczas powrotu kibiców Bałtyku z meczu z Chojniczanką. Przecięta klatka piersiowa, płuca, cios nożem w okolice serca, walka o życie i to w konfrontacji „Dawida z Goliatem”, w której to jednak inaczej niż w Biblii, nieuzbrojonemu chłopcu olbrzym wbił nóż. Bo tak należy określić atak jednej z najlepszych ekip w kraju na małą, nic nieznaczącą na arenie ogólnopolskiej bandę Bałtyku Gdynia. Po tym dniu i rozlewie krwi, do dzisiaj, jeżeli ktoś zapyta kibiców nie tylko Arki, ale także innych ekip o Bałtyk, w odpowiedzi pada hasło „konfidenci”. Z racji mojego zafascynowania małymi grupami kibicowskimi postanowiłem zgłębić temat całej historii „Kadłubów”, bazując głównie na archiwalnych relacjach, zinach, artykułach. Bowiem takie materiały pisane na gorąco po wydarzeniu tego samego albo po kilku dniach mają największą wartość historyczną. To, że po publikacji tego artykułu będzie wrogość, agresja, zarzucanie kłamstw, jest więcej niż pewne, ponieważ niektóre fakty tutaj opisane uderzą w świętości kibicowskie i ekipy, które ukształtowały drogę rozwoju ogólnopolskiej chuliganki. Celem tego artykułu nie jest wybielanie ani ocieplanie wizerunku kibiców Bałtyku, tylko opisanie całej prawdy, jaka by ona nie była. Życie wielokrotnie udowodniło, że pisanie opracowań historycznych i przytaczanie niewygodnych faktów (nie tylko w kibolce) zawsze budzi kontrowersje. Ilu już historyków czy autorów publikacji słyszało: „nie pisz o tym, po co ci to”, „będą z tego problemy”. Biorę wszystko na swoje barki, zdając sobie sprawę z konsekwencji, bo w głębi wiem, że to, co tutaj zostanie przedstawione, jest nie subiektywną, ale zwykłą prawdą.

Mała ekipa z dużego miasta

Gdynia to miasto liczące ponad 200 tys. mieszkańców, jednak Bałtyk należy pod względem wielkości zaliczać do małych ekip, takich jak Pogoń Leżajsk czy Orzeł Przeworsk w latach ich świetności. (Nie licząc krótkiego okresu z początku lat 90. kiedy „Kadłuby” potrafiły zaliczyć derby Gdyni w kilka stówek). Na przestrzeni dziejów zdarzały się wyjazdy po 100 osób, bywały po kilka albo kilkanaście, wypadały i zera. Adekwatna sytuacja dotyczyła spotkań u siebie, a nawet meczu derbowego w 16.08.2000, na którym było tylko kilkunastu ukrytych „Kadłubów” podczas gdy „Arkowcy” na Olimpijską zawitali w kilkaset głów, a sam kibic Bałtyku „Łysy” w swojej gazetce podsumował mecz „Bałtyk Gdynia – Arka Gdynia, czy czas kończyć zabawę?”. Podobnie jak w wielu małych ekipach, u „biało-niebieskich” był problem organizacyjny przez, który nie wypaliło wiele wyjazdów, nie udawało się uformować młyna, wiele akcji (H) nie wyszło. Czytając ZIN „Zadyma”, który był wydawany przez kilka ładnych lat, widzimy ekipę, w której było kilkunastu konkretnych zapaleńców pałających miłością do Bałtyku, gotowych za te barwy i klub oddać życie, ale tylko kilkunastu.. Najlepszym przykładem na poparcie tej tezy niech będzie mecz Legia II Warszawa – Bałtyk Gdynia z 16.04.2000 r. na tym ciężkim wyjeździe zameldowało się 10 Kadłubów w szalach i flagą, nie uszło to uwadze „Legionistów”, którzy w dwie dyszki wysypują się na przyjezdnych, z których 7 pali wroty a trzech przyjmuje solidną przekopę, ostateczny bilans dwa szale i flaga w plecy. Takie sytuacje (nie licząc wyjątków, jak mecz np. z Elaną dekadę później) można mnożyć, na dalekich wielogodzinnych, niebezpiecznych wyjazdach melduje się kilku albo kilkunastu „Kadłubów”. Sytuację taką spowodowały dwa zasadnicze czynniki. Nie licząc lat świetności i gry na najwyższym szczeblu rozgrywek (lata 80), kiedy to Stocznia Gdynia dobrze prosperowała i miała pieczę nad klubem, Bałtyk grywał i gra do dzisiaj w niskich ligach, trzecia, czwarta później na chwilę powrót do II, obecnie okręgówka. Drugi powód znacznie ważniejszy to groźny i mocny rywal w mieście, legendarni „Arkowcy” znani z filmów „To my Rugbiści”, czy „Klatka”, którzy zdominowali Gdynie i do których „biało-niebiescy” zbytnio startu nie mieli i musieli ograniczać się do starć zaczepno-obronnych oraz partyzanckich. Pójście w szalu Bałtyku do centrum Gdyni równało się i równa pewny oklep, w szkołach czy miejscach pracy jest to samo. O ile na samym początku udawało się „Kadłubom” odnosić pojedyncze zwycięstwa, to pod koniec lat 90, początkiem XXI wieku konkretnie wytrenowani przedstawiciele drugiej strony Gdyni podnieśli poprzeczkę na niespotykany dotąd poziom, nie tylko w mieście, ale także całej Polsce.

Wszystko to spowodowało, że na Bałtyku ostali się jedynie najwierniejsi, ekstraklasa czy okręgówka, jedna z najmocniejszych ekip w Polsce jako wróg w mieście, dla nich nie miało to żadnego znaczenia. Zamiast spokojnego życia i płynięcia z prądem związali swój los i przyszłość z klubem przy ul. Olimpijskiej z pełnymi takiej decyzji konsekwencjami.

Wjazdy przeciwnika na swoje tereny w kilkadziesiąt głów, kiedy osób gotowych do podjęcia rękawicy zbierze się maksymalnie kilkanaście. Oglądanie się za siebie na meczach, bo przeciwnicy nie dość, że należą do ścisłej czołówki kibicowskiej i umieją się solidnie napierdalać, to jeżeli zaatakują to najprawdopodobniej w znacznej przewadze liczebnej, bo mają na to środki w postaci kontrolowania niemal całego miasta plus licznych FC. Próby eksterminacji, wypalenia do cna Bałtyku poprzez wjazdy na chaty, do szkoły czy miejsc pracy, wywózki do lasu, katowanie sprzętem „Kadłubów”, nie żeby wygrać starcie, ale aby zmusić „biało-niebieskich” do całkowitego zawieszenia działalności.

Mimo wszelkich przeciwności losu Bałtyk miał momenty w swojej historii, w których był w stanie konkretnie odgryźć się rywalowi, między innymi organizując wypady głęboko na tereny „żółto-niebieskich”. Podczas jednej z takich eskapad w ich ręce trafia blisko dwudziestometrowa flaga „Arkoholicy”, która poszła z dymem na meczu z Lechią w 2003 roku. Dość powiedzieć, że były okresy, w których nie była to całkowita, bezapelacyjna dominacja „Śledzi”, wszak przecież w latach 90 Bałtyk miał zgodę z Lechem Poznań, który by z pierwszą lepszą ekipą z brzegu nie trzymał. Na derbach Gdyni wspierał ich sam „Uszol”, który wspólnie z „Kadłubami” stał przeciwko „Śledziom”, by po kilku latach zerwać zgodę, zrobić zwrot o 180 stopni i zbratać się z silniejszymi „Arkowcami”.

Arka Gdynia – Bałtyk Gdynia (1994)
„Uszol” w drodze na derby.

Szal zgodowy Bałtyk – Lech

Charakterny Bałtyk

„Stoczniowcy” wbrew propagandzie większych i silniejszych wielokrotnie udowodnili, że w pełni zasługują na miano prawdziwych chuliganów, bo czy można stwierdzić inaczej o ekipie, która w swojej historii na ubitej ziemi krzyżowała rękawice z: Zawiszą Bydgoszcz (po 20 osób), KKS Kalisz (3 na 5), Elaną Toruń (15), Zagłębiem Sosnowiec (3), Warmią Grajewo (10), Miedzią Legnica (10) i dwukrotnie (po 3 i 13 zawodników) z Lechią Gdańsk? „Kadłuby” wyszli zwycięsko ze starć z Warmią i Miedzią, pozostałe ustawki zakończyły się porażkami, ale nie bilans jest tutaj najważniejszy wszak chuliganka to nie rankingi sportowe, liczy się inicjatywa i konfrontacja a tej „biało-niebieskim” nie brakowało. Była umówiona jeszcze walka z GKS Wybrzeże Gdańsk, jednak na miejsce spotkania zamiast żużlowców wpadają „Lechiści” ze sprzętem, którzy w bardzo mocno niehonorowy sposób potraktowali ogłuszonego po ciosach kijami w głowę zasłużonego kibica Bałtyku, narzucając na niego sukienkę..

Starcie Bałtyku z KKS Kalisz

Początkiem lat 90 Bałtyk pomimo swoich ograniczeń był w stanie rozpychać się pomiędzy większymi ekipami Trójmiasta, jednak jednym z momentów spustowych, była zmiana klimatów, kiedy to większe ekipy odrzuciły stary wzorzec kibicowania i zamiast wina w ręce skręciły w stronę siłowni i sportów walki. Zmiany te „biało-niebiescy” przegapili, co podsumował jeden z „Kadłubów”:

„Gdy zaczynały się te przemiany i ekipy zaczęły trenować sporty walki i na siłowni, to my ten okres trochę przespaliśmy. U nas było jeszcze typowe pijaństwo, wyjazdy to wieczna impreza, a oni (Arka) byli trzy kroki przed nami. My dopiero później zaczęliśmy trenować, coś robić w kierunku sportowym gdy zobaczyliśmy, że większe ekipy zaczęły się zmieniać to już nie było takich imprez alkoholowych, że cały autokar jedzie najebany na wyjazd”.

Właśnie ten moment nieuwagi odbił się „Kadłubom” czkawką. Stworzona i wytrenowana przez „Rybaka” nowa banda „Arkowców” stała się ekipą numer 1 w kraju, do której Bałtyk nie miał żadnej możliwości startu a bezpośrednie konfrontacje kończyły się zwycięstwem „żółto-niebieskich”. Zasady gry zostały zmienione.

„Najpierw była siłownia, wiadomo lata 90. Później doszły treningi sztuk walk.. Wiedzieliśmy, że albo zaczniemy coś robić, albo nas nie będzie. Nie było innego wyjścia jeżeli chcieliśmy bronić swoich terenów, w miarę normalnie funkcjonować i rywalizować z wrogiem. Od tamtych czasów pomimo zbliżającej się 50. na karku, niektórzy ćwiczą regularnie do dzisiaj. Tak już zostało.. Mamy grupę, która trenuje razem przede wszystkim boks, u wielu siłownia do dzisiaj wygrywa, niektórzy łączą to i to”.

Bałtyk Gdynia Hooligans.

W Bałtyku musiało dużo się zmienić, zaczynając od próby poprawy organizacji. Kiedy w Arce twardą ręką rządził „Rybak”, na Bałtyku przywództwo było zdecentralizowane. Nie było jednego wspólnego wyjazdu, tylko każdy bez uzgadniania z innymi jechał na własną rękę. Jedna grupa samochodami, inna pociągiem, ktoś z wujkiem itp.. jak np. we wspomnianym wcześniej wyjeździe do Warszawy, kiedy trzyosobowa grupa Bałtyku będąc już na miejscu dowiedziała się, że do stolicy zmierza jeszcze siedem osób busem. Bezład i czysta improwizacja, na którą często skarżył się w swoim Zinie jeden z „Kadłubów”. Kolejnym aspektem były wspomniane wcześniej treningi. W krótkim czasie zaczęła tworzyć się zwarta grupa, która wspólnie ćwiczyła na siłowni, imprezowała, chodziła na mecze, co przełożyło się na lepszą organizację i pewność siebie. Ojcem (dosłownie) i motorem napędowym tej grupy była osoba duchowna (zgadza się ksiądz). On organizował akcje, planował. Jak mówił, że o określonej godzinie wszyscy mają być na zbiórce, to tak było. Choć telefon był o 2 w nocy, że gdzieś trzeba jechać, zawsze te 10–15 chłopaków przychodziło. Na jedną eskapadę pożyczył nawet samochód od innego księdza, który oczywiście nie wiedział, w jakim celu go użycza. Po pewnej sytuacji, kiedy to policja otoczyła „Kadłubów” i szykowały się grube problemy, wyciągnął papiery, że jest księdzem i przyjechał z „trudną młodzieżą” na mecz, nieświadomi sytuacji pałkarze puszczają ich wolno bez żadnych problemów, mówiąc na odchodne przywódcy chuliganów „Szczęść Boże”. Przez kilka kolejnych lat pod jego okiem Bałtyk stał się mocną trzecią siłą Trójmiasta, i w tym miejscu dochodzimy do masakry w gdańskiej Osowej.

Utopić we krwi

27.09.2003 r. „Kadłuby” zbierają się na mecz z Chojniczanką, przyjeżdżają umówione dwa autokary, pojawiają się chłopaki z Pogoni Lębork, szykuje się jeden z ciekawszych meczy. Łączne siły koalicji wynosiły tego dnia 101 chłopa (85 Bałtyk + 16 Lwów). Po drobnych problemach z psiarskimi udaje się dostać Bałtykowi pod stadion, gdzie od razu rzuca się na boczną bramę, która solidnie zabezpieczona nie chce się otworzyć. Następuje zwrot i atak na główne wejście, które również nie chce się wyłamać, do tego kilkudziesięciu gospodarzy przygotowanych na taką okazję zaczyna ciskać gradem kamieni, desek i kilkoma płytami chodnikowymi w próbujących sforsować wejście gości. Przez kolejne kilka minut Bałtyk wymienia pociski z Chojniczanką, próbuje wyłamać bramę, i użera się z siłami policji i ochrony. Po kilku minutach solidnego kamieniowania sporo chłopaków ucierpiało, ale zawiasy w bramie w końcu puszczają.

Chojniczanka Chojnice – Bałtyk Gdynia (2003)

W tym momencie kilkudziesięciu „Kadłubów” przelewa się przez wejście i kieruje prosto w kierunku gospodarzy, którzy uciekają nie próbując zatrzymać rozjuszonego tłumu. Połączone siły Gdyńsko – Lęborskie dopadają kilku z nich, którzy zostają solidnie przekopani. Do końca meczu trwają pojedyncze łapanki i obijanie Chojnickich maruderów, którzy próbują wrócić na stadion. Spotkanie kończy się pewnym zwycięstwem zarówno na płaszczyźnie kibicowskiej jak i piłkarskiej, w rezultacie powrót do Gdyni to jedno wielkie świętowanie, nic nie zapowiadało tragedii, która miała za chwilę nadejść. W pewnym momencie autokary się rozdzielają, a za jednym z nich rusza siedem samochodów Arki Gdynia. „Stoczniowcy” zatrzymują się przy markecie w gdańskiej Osowej, kilku z nich wychodzi się odlać i w tym momencie następuje atak. Bezpośrednia konfrontacja, do chłopaków, którzy byli na zewnątrz doskakuje coraz więcej osób z autokaru, w pewnym momencie Bałtyk upojony zwycięstwem w Chojnicach z sekundy na sekundę zaczyna przeważać. „Arkowcy” żeby uniknąć porażki szybko wycofują się do samochodów, skąd wyciągają noże, tasaki, kije baseballowe i tak uzbrojeni wracają do walki. Kilka cięć i jeden chłopak po ciosie pod serce ląduje na ziemi, kolejne cięcia i drugi chłopak pada z przeciętą klatką piersiową oraz płucami, napastnicy dalej wyprowadzają ciosy i nożami rozcinają mięśnie pleców, nóg. Parking robi się czerwony od krwi spływającej z ciał, jeden z „Kadłubów” trafia na uzbrojonych w kije baseballowe, po otrzymaniu kilkunastu uderzeń upada. Chuligani Arki po wygranym boju wycofują się zostawiając po sobie krwawe pobojowisko.. Przyjeżdża policja, pogotowie, zaczyna się wyścig z czasem, jak się okazuje na sześciu rannych, dwóch pociętych jest w stanie krytycznym, kibice Bałtyku natychmiast zbierają krew dla swoich kolegów.

Archiwalny wycinek z nieistniejącej strony kibicowskiej (2003)

W kolejnych dniach lekarze ratują życie chłopaków, a jedynymi pamiątkami po rzezi, będą blizny na poharatanych ciałach, wspomnienia i uraz w głowach.. Czy to się powtórzy? „Śledzie” ponownie zaatakują nożami? A jeżeli następnym razem trafią kogoś prosto w serce albo tętnice i zabiją? Atak „Arkowców” miał na celu definitywne wyeliminowanie kibiców Bałtyku Gdynia z działalności. Faktem jest, że wielu „Kadłubów” po masakrze straciło zapał i zrezygnowało z tego stylu życia, rozwój ruchu kibicowskiego u „biało-niebieskich” został zatrzymany, tak jakby ktoś z rozpędzonej lokomotywy spuścił parę, jednak najbardziej fanatyczni zostali przy ukochanym klubie, a w ich sercach zagnieździła się jeszcze większa nienawiść do „żółto-niebieskiej” strony miasta. Przepełnieni gniewem „Stoczniowcy” uzgodnili, że taki atak to nie chuliganka tylko zwykła gangsterka, nie mającego nic wspólnego z honorem i niepisanym kodeksem kibiców, a więc „kraty dla morderców”. Część poszkodowanych zeznaje przeciwko napastnikom, kto kogo dźgał, ciął, masakrował. To jest ten moment, od którego „Arkowcy” przykleili Bałtykowi etykietę konfidentów, a smród ciągnie się aż do dzisiaj. Niezaprzeczalnym faktem jest to, że „Kadłuby” zeznały na policji przeciwko „żółto-niebieskim”. Nie podlega to żadnej dyskusji, głównym dowodem prokuratury w sprawie przeciwko oskarżonym „Śledziom” były właśnie zeznania poszkodowanych, bez których proces by w ogóle nie ruszył. Więc jak to się stało, że żaden z „Arkowców” nie poniósł odpowiedzialności, pomimo nacisków organów ścigania? W trakcie procesu pokrzywdzeni wycofują swoje zeznania, nie rozpoznają sprawców, nie wiedzą czy oni tam byli, nie przypominają sobie. Tym samym całe oskarżenie legło w gruzach.

Źródło: https://naszemiasto.pl (artykuł z 2008 roku)

Mamy dwie wersje dlaczego doszło do takiej sytuacji. Przytoczmy fragment oświadczenia Arki Gdynia z 2018 roku:

Zazwyczaj nie praktykujemy pisania jakichkolwiek oświadczeń czy też sprostowań, lecz w tym przypadku musimy obnażyć hipokryzję jak i również zakłamanie osób, które tworzą środowisko kibicowskie na Bałtyku Gdynia. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie to, że praktycznie ich cała tzw. ekipa zeznawała na papier, ponadto za wycofanie zeznań wzięła do łapy
30 000 pln lecz było już na to za późno…„.

Także według Arki w grę weszło kilkadziesiąt tysięcy złotych. W dalszej części relacji mamy także podany powód, dla którego Bałtyk został pocięty:

Należy też dodać że owa akcja na autokar była sprowokowana okolicznościami sprzed kilku dni wcześniej kiedy na Witominie kadłuby skatowały pałami 12-latków w celu skrojenia szalików”.

Jak widzimy, miał to być odwet za poturbowanie dzieci kijami, jednak przeglądając archiwa Internetowe z 2003 roku, nie możemy znaleźć żadnej informacji, oświadczenia, tłumaczenia „Arkowców”, że to miało być przyczyną ataku, co może dziwić zwłaszcza, że sprawa odbiła się echem wśród całej braci kibicowskiej w Polsce. Bałtyk w tym temacie również zarzuty odpiera, jednak kwestia przyjęcia znacznej kwoty pieniędzy jest faktem.

Według tłumaczeń „Kadłubów”, kiedy opadł pierwszy szok i złość, zapadła decyzja o tym żeby wycofać zeznania. Rzekomo zostało to ustalone na długo przed propozycją finansową, a jeden z kibiców „biało-niebieskich” po prostu dodatkowo skorzystał z łapówki. Czy kwestia finansowa była głównym czynnikiem, który spowodował wycofanie zeznań? Według Arki tak, a Bałtyku nie.

Zaskakującym jednak jest fakt, że „Śledzie” podczas ataku posiłkowali się nożami, przecież to sam „Rybak” razem z „Uszolem” byli głównymi inicjatorami wspomnianego wcześniej „Układu Poznańskiego” zawartego w 1999 roku, który dotyczył między innymi wyeliminowania używania sprzętu w starciach kibicowskich. Do tego warto wspomnieć, że 30 Marca 2003 r. czyli kilka miesięcy przed krwawym atakiem, „Arkowcy” w ten sam sposób zostali potraktowani przez kibiców Wisły Kraków, podczas meczu wyjazdowego ze Śląskiem Wrocław. W wyniku starcia, po ciosach nożem w klatkę piersiową, zabity został kibic Arki Gdynia „Mari”. Jak wspominał po latach „Rybak” w wywiadzie dla „TMK”:

„Po tym meczu upadła całkowicie nasza ekipa Arki. Nasza wielka banda przestała istnieć. Większość chłopaków przestała jeździć. Bo dla nas to było przegięcie. Wiadomo – chuligaństwo, pobicie kogoś to inna rzecz. Ale jeśli trenujesz, przygotowujesz się, poświęcasz, a jakiś szczur wyskakuje ci z kosą albo napier***ają cię siekierami, to nie dla mnie. To już jest zwykły bandytyzm. To już nie jest chuligaństwo, tylko czysta bandytka i ch***wizna. Ja bandytą nigdy nie byłem. Byłem całe życie chuliganem.”.

Znamienne jest, że pomimo doświadczenia takiej tragedii, kilka miesięcy później Arka postąpiła tak samo w stosunku do ekipy „Stoczniowców”. Jedyna różnica, że w tym drugim przypadku obyło się bez ofiar śmiertelnych. Ale jak to nazwać? Szef „Arkowców” inicjuje „pakt antysprzętowy”, osób używających noży nazywa wprost bandytami, szczurami a pomimo to za jego kadencji niedługo po tragedii na ul. Grabiszyńskiej „żółto-niebiescy” traktują w ten sam sposób lokalnego rywala.. Hipokryzja? Wybiórczość? Moralność Kalego? Użycie stwierdzenia, że miasta derbowe rządzą się swoimi prawami? Czy osoby, które szlachtowały Bałtyk spotkały jakieś konsekwencje i wykluczenie z bandy „Arka Gdynia Hooligans”, której szef publicznie potępiał tego typu frajerskie zachowania? Odpowiedź jest prosta, nie.

Ostry sprzęt przygotowany w samochodach „Arkowców” oraz fakt, iż byli stroną atakującą, pokazuje dobitnie, że była to staranie zaplanowana operacja, co zresztą znajduje potwierdzenie we wcześniej opublikowanym oświadczeniu Arki z 2018 roku. W akcji tej nie brały udziału osoby z pierwszej łapanki, decyzja o zastosowaniu takiego uzbrojenia zapadła w „najwyższym gronie” a z racji przedwczesnej tragicznej śmierci „Rybaka” w 2022 roku nie można zadać mu dwóch zasadniczych pytań, których nigdy publicznie nikt w jego kierunku nie sformułował. Czy miał świadomość o zaplanowanej akcji z nożami i czy dał na nią przyzwolenie?

Niestety co wiedział i ile wiedział, możemy domniemywać. Jednak wartym odnotowania faktem jest to, iż na temat masakry w gdańskiej Osowej nie zabrał głosu ani w żadnym ze swoich wielu wywiadów, ani książce biograficznej. Jest to dziwne, zważywszy uwagę na fakt, iż w kibicowskim bestsellerze wypowiedział się nawet o zasztyletowaniu w 93 roku „Portowca”:

„W maju 1993 roku przed meczem Polska – Anglia w Chorzowie doszło do tragedii. W tramwaju kibice Cracovii zasztyletowali kibica Pogoni Szczecin. Nikt z nas nie miał wątpliwości, że takie sytuacje nie powinny mieć miejsca.”.

Ale na próżno szukać jakiegokolwiek odniesienia się, krytyki do swoich braci po szalu, którzy o mało nie pozabijali „Kadłubów”.

Pomimo zahamowania rozwoju ruchu kibicowskiego, Bałtyk nadal istnieje, chłopaki trenują, działają, jeżdżą na wyjazdy. Niewiele ponad miesiąc później na meczu z Lechią Gdańsk, „Kadłuby” palą flagę „Arkoholicy”, co wywołało euforie i owacje u „Lechistów”, lecz sporadyczne sukcesy nie były w stanie odbudować ducha po wydarzeniach w gdańskiej Osowej.

Wiara, Która przetrwała

W kolejnych latach Bałtyk pomimo trudności, udowadnia że nadal nie jest pierwszą lepszą ekipą kibicowską, którą można lekceważyć. Przekonała się o tym chociażby na meczu w 2010 roku Elana Toruń, kiedy to „Kadłuby” trzykrotnie krzyżują rękawice z gospodarzami, a cała bitwa przez obie strony została uznana za wyrównaną. Zresztą przytoczmy tutaj poszczególne fragmenty relacji:

Bałtyk Gdynia:

„… Na stadionie pusto. Może z 30 osób. Wcześniej dostajemy informacje, ze Elana czeka pod swoimi bramami w około 50 osób. Dwie osoby z Bałtyku poszło sobie bezpośrednio na trybunę krytą na małą przechadzkę. Pochodzili , pokrzyczeli i wrócili. Ochrona to za bardzo chyba nie wiedziała co się dzieje. Po jakimś czasie widać z daleka jak Elana wchodzi na swój sektor. Parę osób z Bałtyku podbija pogadać z Elana. Elana informuje Kadłubów, ze główna ekipa wyjechała na inny mecz. Po telefonach wśród własnych powiedzieli, że już wracają i za chwile będą na stadionie. Nie minęło dosłownie parę minut, a to co powiedzieli chłopaki z Torunia sprawdziło się. Z racji tego ,ze czuliśmy się dobrze, jak u siebie, 2 Kadłubów postanowiło pójść sobie koło krytej trybuny. I się zaczęło. Wybiegła wiara z klatki. Z drugiej strony dobiegała Elana. Walka trwała dość długo, na tyle, że policja z kryminalnej z Gdyni i Torunia nagrywała wszystko i wszystkich. Wszystko było dobrze, gdyby nie zachowanie Elany, która, po bodajże 3 starciu, wiedząc, że wbijają się psy na nasze plecy i krzyczymy im że koniec. Cofają się parę metrów, a widząc nasze plecy od razu ponownie atakują. Ciśnienie było duże, ze wiara z powrotem cofnęła się do Elany. Dochodzi do następnego starcia, przy którym Elana traci dwa szaliki, które później się pala na plocie. Po starciu wszyscy zawijają na swoje sektory. Od nas na pewno nikt nie został zawinięty”.

Elana – Bałtyk (2010)

Elana Toruń:

„… W okolicach naszego sektora prowadzimy luźne rozmowy z delegacją Bałtyku, (których pojawiło się w Toruniu około 110 w tym kilka dziewczyn z 3 flagami – opiszą się sami). W przerwie meczu kibiców gości poniosła fantazja i sporą grupą udali się (nie niepokojeni przez ochronę) na catering na trybunę krytą, nie spodobało się to chłopakom od nas, którzy byli po tamtej stronie i wywiązała się awantura. Na początku mało zdecydowania z obu stron, doszło do 2-3 starć na remis raz z przewagą Elany raz Bałtyku, w końcówce po dobiegnięciu ekipy od nas z młyna (młyn po 2giej stronie) Bałtyk się cofa, wjeżdżają psy i kończą zabawę. Cała akcja trwała około 5 minut. Szacunek dla Bałtyku za postawienie się i walkę. Szkoda tylko, że przez taką akcję ściągnęliśmy na siebie kolejne kłopoty zwłaszcza, że chcieliśmy załatwić to w inny sposób, a spora część ekipy nie była tam gdzie jednak się cos działo”.

Elana – Bałtyk (2010)

Z kolei podczas meczu Olimpii Grudziądz z Górnikiem Wałbrzych w tym samym roku dochodzi do małej potyczki „Kadłubów” wspierających gospodarzy i „Arkowców”, którzy zameldowali się po stronie KSGW.

Olimpia Grudziądz – Górnik Wałbrzych (2010)
Pomorska.pl

Wymiana ciosów przez siatkę, rzut kubłem na śmieci i agresywne parcie na przód „żółto-niebieskich”. Jednak na koniec mieszają się białe kaski i następuje chaotyczny odwrót, który wykorzystuje jeden z „Kadłubów”, co widać na zdjęciu.

Olimpia Grudziądz – Górnik Wałbrzych (2010)
Pomorska.pl

W późniejszym okresie są wzloty, upadki, kontynuowanie walki partyzanckiej z silniejszym przeciwnikiem, patrolowanie Gdyni w poszukiwaniu mniejszych grupek i pojedynczych „Arkowców”. Ciosem dla „Stoczniowców” był upadek Fan Clubów: Drwęcy Nowe Miasto Lubawskie i Cartusi Kartuzy, a przede wszystkim zakończenie 15-letniej zgody z Pogonią Lębork, która obrała inna kierunek. Od tamtej pory osamotniony Bałtyk, pomimo nieprzychylnych okoliczności działa do dzisiaj, brak napływu młodych wbrew pozorom nie spowodował upadku ruchu kibicowskiego. Chłopaki co zaczynali w wieku kilkunastu lat, dzisiaj pomimo zbliżającej się 50 na karku nadal działają, chuliganią i biorą udział w każdym aspekcie kibicowskiego rzemiosła, rekordzista zaczynał przygodę w latach 70, a na meczach obecny jest do tej pory. Gdyby zjawisko to było powszechne to zapewne do dzisiaj słyszelibyśmy o działającej ekipie Zagłębia Wałbrzych, która w swoim czasie miała zgodę z Ruchem Chorzów, o innych wymarłych ekipach nie wspominając. O tym że „biało-niebieskich” nie można bagatelizować przekonał się w 2019 roku Orkan Rumia (FC Arki Gdynia), który na meczu wyjazdowym z rezerwami Bałtyku po bezpośredniej wymianie zdań traci flagę reprezentacyjną.

Skrojona flaga Orkana przez „Kadłubów”

A już dzień później Bałtyk pokazuje się z bardzo mocnej strony w spotkaniu przeciwko Gwardii Koszalin, wystawiając kilkudziesięcioosobowy młyn, oraz prezentując solidną oprawę.

Bałtyk Gdynia – Gwardia Koszalin (2019)

Jednak chwilę później, hasło z oprawy „Zjednoczony Bałtyk Gdynia” przestało mieć znaczenie, nasiliły się bardzo mocne podziały, które spowodowały że flaga FC Warszawa na zawsze zniknęła z sektora „Kadłubów”. Następnie już w 2021 roku pojawiło się oświadczenie informujące że grupy:  „Ultras Bałtyk”, „Młoda Kohorta” i „Kategoria C” kończą swoją działalność. Jest to czarny okres w historii bałtyckiego ruchu kibicowskiego, zera wyjazdowe, albo eskapady po 1-3 osoby, doping na meczach u siebie „od wielkiego dzwonu”, dość powiedzieć że wewnętrzne konflikty znacząco przetrzebiły szeregi „Kadłubów”.

„W tych konfliktach jak chyba w większości ekip chodziło przede wszystkim o pieniądze, ktoś kogoś zrobił na kasę, namieszał, robił lewe interesy i wybuchł otwarty konflikt, w którym doszło do straszenia policją czy sądem. Cóż można powiedzieć? W każdej ekipie znajdzie się jakaś czarna owca. Źle się to wszystko potoczyło.. Pieniądz to jednak potrafi wszystko zepsuć.. W latach 90 nie było pieniędzy, wszyscy byliśmy równi, kolega za kolegą szedł i było wszystko fajnie, a teraz? No cóż.. Niewłaściwe osoby zostały pogonione z Bałtyku a my działamy dalej”.

Kolejnym ciosem był wjazd „Śledzi” na turniej kibiców Bałtyku organizowany w Skarszewach 75 km od Gdyni. Stawia się kilku „Kadłubów”, którzy notują ciężki oklep a cała reszta salwuje się ucieczką. Według relacji Arki kilku uciekających miało zatrzymać przejeżdżający radiowóz z prośbą o pomoc.

Nie układa się także piłkarsko, w klubie w sezonie 2019/2020 zakręcił się hochsztapler. Kamil Ż. miał być wybawicielem wprowadzającym klub na poziom centralny, a pozostawił po sobie zgliszcza, długi i kolejki wierzycieli. Bałtyk rundę jesienną kończy na ostatnim miejscu w tabeli a przed zdaje się nieuchronnym spadkiem zespół uratowała „pandemia” i odwołanie rozgrywek piłkarskich, jednak tylko na kolejne trzy sezony. Natomiast po dwuletnim pobycie w 4 lidze i zakończeniu współpracy z głównym sponsorem „Energa”, „biało-niebiescy” staczają się do klasy okręgowej.

Praca Społeczna

Warto mocno zaznaczyć inny poza kibicowski aspekt działalności ekipy Bałtyku. Od wielu lat „Kadłuby” angażują się w pomoc między innymi dla: domów dziecka, rodzin zastępczych i ośrodków dla niepełnosprawnych.
Można tu chociażby wymienić:

-Pomoc w remoncie ośrodka dla osób z niepełnosprawnością intelektualną w Skarszewach.
-Prace remontowe mieszkań dla podopiecznych domów dziecka/rodzin zastępczych wchodzących w dorosłe życie.
-Organizowanie akcji „Biało-Niebieski Mikołaj” podczas, której oprócz wspierania wcześniej wspomnianych placówek opiekuńczo – wychowawczych, „Kadłuby” odwiedzają z prezentami najmłodszych pacjentów w szpitalach.

Wieloletnie wsparcie, działalność charytatywna oraz bezinteresowna pomoc najbardziej potrzebującym zostały nagrodzone podczas wręczenia statuetek „Złotego Serca” przez władze Gdyni.

Najlepszy przykład, że można być kibicem, fanatykiem, chuliganem, a jednocześnie dobrym człowiekiem i życia z ustawek nie mieszać z normalnym funkcjonowaniem w społeczeństwie. To jest coś, czego „społeczniaki” wyzywające środowiska kibicowskie od: bydła, hołoty, przygłupów nigdy nie zrozumieją, bo mają skłonności do generalizowania. Lepiej być zwykłym stadionowym chuliganem pomagającym potrzebującym i najsłabszym aniżeli „młodym, wykształconym z wielkiego miasta”, którego jedynym celem życia jest hedonizm i gromadzenie jak największych zasobów.

Trudna walka o istnienie

Pomimo kryzysów zarówno piłkarskich jak i kibicowskich „Kadłuby” nadal trwają przy ukochanym Bałtyku, nie zraża ich niska liga, ani silniejszy przeciwnik, który chwyta się różnych sposobów aby uprzykrzyć im życie. Dopingują na meczach u siebie, organizują oprawy, jeżdżą na wyjazdy, kupują sprzęt do klubu, dbają o młodzież, organizują zrzutki finansowe, wszystko po to aby Bałtyk jak najszybciej powrócił przynajmniej na boiska czwartoligowe.
„Biało-niebiescy”, żeby odbudować ruch kibicowski starają się do swojego środowiska wciągnąć młodzież, co jest trudne zważywszy na dominacje lokalnego rywala w mieście, zarówno kibicowską jak i piłkarską. Arka bowiem od kilkudziesięciu lat jest stałym gościem w rozgrywkach centralnych. Jednak na przekór okolicznościom, promil Gdyńskiej młodzieży decyduje się zostać „Kadłubami”. Ruszyła kibicowska sekcja bokserska, starsi opłacają młodym treningi, fundują im sprzęt, w skrócie robią wszystko co należy żeby za kilka lat w ich szeregach powstała „Młoda Banda”. Jeden z dwunastoletnich kibiców za bardzo pośpieszył się z wejściem w chuligański świat i stworzył fanpage „Młody Bałtyk”, na którym pochwalił się „akcją” ponaklejania vlepek na stadionie Arki, co uwiecznił na zdjęciach z podpisem „AGKŚ”. Spotkało się to z ostrą odpowiedzią „Śledzi”, którzy w kilka dorosłych osób mieli małego „Kadłuba” zastraszyć, uwiecznić na nagraniu jak wypiera się swojego klubu, zmusić do napisania na swoim fanpage poniżającego postu a na końcu pobić. Sprawa odbiła się szerokim echem w mediach w całej Polsce.

Screeny z nieistniejącego już fanpage „Młody Bałtyk”

„Arkowcy” dobitnie pokazali, że nie będą tolerować jakiegokolwiek obrażania ich klubu, bez względu na to czy obrażający ma 40, 30 czy 12 lat.

Jak stwierdził jeden ze „stoczniowców”:

„Młody niepotrzebnie zrobił, w dniu wstawienia postu dostał reprymendę żeby czegoś takiego nie wyrabiał. Ale „Śledzi” też poniosło, mogli do nas zadzwonić, powiedzieć żebyśmy młodego ukrócili, no jednak bicie w kilku dorosłych dwunastolatka jest przekroczeniem pewnej granicy”.

Jednak tu pojawia się również pytanie czy pozwolenie na założenie przez dwunastolatka profilu kibicowskiego a następnie danie mu całkowicie wolnej ręki było aby na pewno dobrym pomysłem?

Między czasie na przestrzeni niespełna ponad roku „Kadłuby” tracą dwie flagi, jedną na rzecz Gryfa Słupsk a drugą Orkana Rumia (FC Arki Gdynia).

Flaga zdobyta przez Gryf Słupsk.
Flaga zdobyta przez FC Arki.

Co dalej?

Realnie rzecz ujmując Bałtyk ma nikłe szanse na odbudowanie w miarę znaczącej grupy kibicowskiej. Oprócz „Arkowców” są inne ekipy, które odpuszczać nie będą i przy pierwszej lepszej okazji utrą im nosa. Nie ma się co oszukiwać, na chwilę obecną są łatwym celem co pokazuje dobitnie strata dwóch flag w stosunkowo niedługim czasie czy wspomniany wcześniej wjazd „Śledzi” na turniej w Skarszewach. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że osoby, które są motorem napędowym i stanowią trzon ruchu kibicowskiego na Bałtyku mają już po 50 lat na karku, podczas gdy w innych ekipach pierwsza linia konfrontująca się z przeciwnikiem oscyluje wiekowo w przedziale 19-35 lat (nie licząc sporadycznych wyjątków). Bałtyk tej najważniejszej grupy wiekowej jest pozbawiony, jeżeli doszło by do potencjalnego starcia, w szeregach „Kadłubów” pierwsza linia składałyby się z ludzi urodzonych w czasach rządów Edwarda Gierka. Jest to fenomen na skalę światową ale niestety peselu się nie oszuka.. Grupa pięćdziesięciolatków nie udźwignie stricte chuligańskiego aspektu kibicowskiego, mając w otoczeniu liczniejszych, młodszych rywali, którzy są regularnymi bywalcami sali treningowych i niemal zawodowo uprawiają sporty walki. Stworzenie nowej grupy, która mogłaby chociaż w sposób partyzancki opierać się sąsiadom to proces na kilkanaście lat, zważywszy na to, że „Młody Bałtyk” to obecnie chłopaki kilkunastoletnie. Do tego w grę wchodzi ochrona najmłodszych kibiców, z którą jak pokazuje dobitnie przypadek pobitego dwunastolatka jest problem, a przy ewentualnym sukcesie sportowym, powrocie na szczebel centralny i napływie fali nowych kibiców ten problem przybierze tylko na sile. Jeżeli pomimo wszelkich przeciwności losu „biało-niebieskim” uda się poprawić organizację i rozwinąć skrzydła to nie ujdzie to uwadze przeciwników i na podnoszącą się głowę spadnie twardy obuch sprowadzający ich do punktu wyjścia.

Jedyną szansą na znaczne skrócenie dystansu do „Arkowców” był 2003 rok. Sam „Rybak” wspominał, że po akcji na ul. Grabiszyńskiej, ich wielka banda przestała istnieć. Podczas gdy oni borykali się z problemami, machina Bałtyku rozpędzała się coraz bardziej i było realne ryzyko, że stanie się dużym problemem dla sąsiadów, jednak w tym momencie Arka postanowiła jak w tytule: „Utopić we krwi”. Akcja z nożami i dalsze jej konsekwencje zniszczyły jakiekolwiek szanse na potencjalną solidną rywalizacje w mieście.

Wyobraźmy sobie taką sytuacje, w 2003 roku w gdańskiej Osowej „Arkowcy” przegrywający starcie z Bałtykiem nie wracają po ostry sprzęt i dostają solidny łomot. Tym samym „biało-niebiescy” 27 Września odnotowują dwa zwycięstwa, jedno nad Chojniczanką a drugie nad największym wrogiem. Czy ten dzień rozpędzonej lokomotywie jaką była wtedy ekipa „Kadłubów” nie dołożyłby mocniej do pieca? Nie podbudował moralnie? Nie dodał pewności siebie? Nie zachęcił do twardszego oporu?

„Chłopaki kur*** daliśmy im radę!”.

To są pytania z dziedziny historii alternatywnej, na które już nigdy nie poznamy odpowiedzi, jednak nie zmienia to faktu, że honor Bałtyku został utopiony we krwi a wydarzenia te, szeroko pomijane, zostały niemal całkowicie zapomniane.